jackie blog

Twój nowy blog

jeden.

12 komentarzy

czasem trzeba zacząć. zaczynanie to robota niewdzięczna, ale przynajmniej ma się to później z głowy. miłego zaczynania razem ze mną.
(czekoladki przyjmuję w każdych ilościach.)


Wędrował przez noc, a jedynym światłem wcale nie był mu księżyc w pełni – to blask czerwonych latarni wskazywał mu drogę, pokazywał, gdzie warto, gdzie nie trzeba i dokąd właściwie. Nie myślał nad tym, że idzie. Jego organizm sam narzucał sobie rytm, jakby poza nim samym, jakby jedyne, co słuszne to jeszcze krok dalej i jeszcze jedna nieskończoność. W kieszeni miał fajki, na które już od dawna nie zwracał uwagi – musiał przecież oddychać, oddychać cholernym, zatrutym powietrzem, które nie potrzebowało dodatkowej porcji nikotyny, by zabić, a jednocześnie dawało mu życie i szansę na podróż na zawsze. Czasem uśmiechał się do przechodniów, ale ci mu nie odpowiadali, nie mieli bowiem ust, ani by pocałować, ani by wyśmiać, ani by pocieszyć miłym słowem, ani też by zranić do krwi, do kości, do ciała. Łyk czegoś gorzkiego, co miało być wodą, ale oczywiście nie było, kto by pił wodę?, a potem kęs czegoś śmierdzącego rybą albo czymś innym, sam już nie rozpoznawał zapachów. Głosy kobiet bez ust – tych suk, które tylko czekały na to, aż się potknie, aż zwolni, aż odpuści. Czerwone latarnie i czerwone ślady na drodze, pozostałość hollywoodzkiego snu, farba i spalone, papierowe miasto, czy to wszystko, co miał znaleźć? Ale brnął dalej, szedł w stronę zachodzącego słońca, które już dawno zaszło tu, ale przecież wciąż jeszcze gdzieś zachodzi. Był dzielny. Jak cholera. I szedł, szedł, chociaż jedyne, co potrafił, to podśpiewywać cichutko With never a penny of money.

Potem coś na kształt wielkiego, burego kociska rzuciło mu się na szyję i zaczęło dusić, gryźć, piszczeć, płynęła krew a nie farba, cały świat zadrżał w posadach, lampy straciły swój błysk, niosły ciemność a nie jasność. Kot nie odpuszczał, jak jakiś pożal się Panie Othello, jakby on miał się niby dupczyć z jego cholernym oficerem, jakby on czemukolwiek zawinił. Kot miał usta, miał i zęby, uśmiechał się i gryzł, uśmiechał się i drapał, gryząc i miaucząc, i żyjąc jednocześnie. Kot był całkowitością. Kot był końcem.

A mimo to on szedł, szedł, choć brakowało sił, choć zwalniał i choć ludzie przy drodze patrzyli bez oczu na jego porażkę.

Szedł, kurwa!

A potem się obudził.

Jack nienawidził swoich snów. Odkąd pamiętał – czyli z praktycznego punktu widzenia niemal od zawsze – jego wyobraźnia była trochę zbyt aktywna. Niemal codziennie budził się zlany potem, czując na swoim policzku oddech czegoś obrzydliwego i czyhającego na jego życie. Jak jakiegoś pierdolonego kota na przykład. Ktoś powinien najpierw odstrzelić cały gatunek, a potem wymazać Jackowi pamięć. Może wtedy uwolniłby się od burego futrzaka. Futrzaka za dychę, cholera.

Jęknął i przekręcił się na drugi bok. Dochodziła druga. Położył się zaledwie godzinę temu, a to już zdążyło mu się przytrafić. Talent talentem, ale powoli zaczynał mieć dość. Ile można? Oddałby całe królestwo za spokojny sen. Ten plan miał jednak swoje wady. Po pierwsze, na świecie mało było osób zdolnych załatwić coś takiego – Jack osobiście obstawiał szatana, bo z wiarą w Boga było u niego gorzej. Po drugie, co stanowiło problem o wiele większy, nie posiadał własnego królestwa. Wątpił zaś, by pan kosmaty zechciał przejąć jego marną kawiarenkę w środku nieistotnego miasta. Musiałby być naprawdę, ale to naprawdę zdesperowany. A desperatów nie nominuje się na tak zaszczytne funkcje jak szatan. Oni nie nadają się nawet do mieszania kotłów ze smołą.

Druga jeden. Ile zostało do budzika? Cztery godziny? Niech piekło pochłonie sny i sądy rejonowe.

Jack Forsythe był człowiekiem szczęśliwym, jeno lekko sfrustrowanym w porach nocnych. Jako Artysta – taki prawdziwy, pisany i mówiony z wielkiej litery – przeżywał katusze związane z bezsennością, zbyt rozwiniętymi zdolnościami imaginacyjnymi i alkoholem. I o ile to ostatnie było mu kontent, o tyle wszystkie poprzednie traktował jak karę za grzechy, których nie popełnił – bo Jack nigdy nie popełniał żadnych grzechów.

Leżąc w swojej dość obszernej sypialni zawsze miał czas, by rozmyślać nad sensem swojego istnienia. Godzina trzecia była godziną diabła, ale o trzeciej zawsze już grzecznie spał – zaś godzina druga była godziną Jacka, gdzie nie dość, że diabeł już od dawna chrapał w swej podziemnej norze, to i cały świat zamierał, bezpieczny, bo w końcu ktoś czuwa by sen na jawie zwany rzeczywistością nigdy się nie skończył. Jack był dobry w czuwaniu. Jego dyżur był jego dyżurem. I koniec średnik bezkropka.

Druga dwie. Powinien pomyśleć nad jakimś życzeniem, ale ono i tak by się nie spełniło. W końcu cała sztuka polegała na tym, by przypadkiem ujrzeć durnowate, zdublowane cyferki. Ale nie zaszkodziło spróbować, prawda? Powtarzał ten rytuał codziennie, za każdym razem z innym, absurdalnym żądaniem i choć prawdopodobieństwo wygranej było tu mniejsze niż wygrania wielkiej, corocznej loterii, nie zamierzał się poddawać. Czego by sobie życzyć tym razem? Wczoraj prosił o nowe kije golfowe, przedwczoraj chciał rzucić palenie, a jakiś miesiąc temu marzył o cabriolecie…

- Przydałoby się jakieś towarzystwo – mruknął wprost w puchową poduszkę. – Słyszysz, ty świecie niesprawiedliwy? Towarzystwo, kurwa!

Gdy Jack zostawał sam – a zdarzało się to niezwykle rzadko, bo zdawał się znać cały wzywany przez siebie świat – zwykł miotać się między romantyczną manierą a zwykłym, prywatnym prymitywizmem. W miejscach publicznych ograniczał się do nie mówienia zbyt wiele. Od czasu do czasu wracał do swojego wrodzonego i nieskończonego artyzmu, ale najpierw musiał sporo sobie wypić.

Można powiedzieć, że Jack wewnątrz używał przekleństw zamiast przecinków, a Jack na zewnątrz wiecznie był nachlany, więc nawet nie wiedział, czym taki przecinek mógłby być.

Pustka zaś nie była skłonna mu odpowiedzieć. Pustki miały to do siebie, że zachowywały milczenie, gdy tylko mogły. Jack nie posiadł nigdy zdolności uśmierzania bólu związanego z pustkowym milczeniem, ale przecież jakoś tam sobie radził.

Druga trzy i pół. Potem druga cztery. Druga pięć. Druga szesnaście.

O drugiej dwadzieścia siedem Jack zaczął chrapać. O wiele szybciej niż zwykle.

W końcu sam prosił o towarzystwo – więc skoro nie dało się tego załatwić na jawie, trzeba było sięgnąć do snu. Znów szedł, na razie bez kotów i innych ścierw ich pokroju, gdzieś wrona śpiewała, a pies tańczył kankana, ale to nie było ważne. Szedł. Szedł, ku…

A świat, o dziwo, wcale się nie rozpadł, gdy tylko ostatni człowiek na ziemi zamknął oczy.

***

Każdy poniedziałek przypominał mu o tym, że może warto by było jednak zawiązać ten pakt z siłą nieczystą, a potem udać się na wieczne katorgi. Czym miałaby być śmierć i męczarnia wobec nudy i jednostajności życia ludzkiego? Dusza nie była warta nawet odrobiny wysiłku dnia codziennego, nawet jednej czwartej bólu rutyny, nawet jednej setnej koszmaru nijakości. Ot, zwykły sobie kawałek niematerii.

Nie, żeby inne dni Jacka wyglądały inaczej. Codziennie od rana do późnej nocy siedział w tej cholernej kawiarni – w której od jakiś dwóch lat nikt nie sprzedawał już kawy – codziennie oglądał wciąż te same pijane mordy i codziennie próbował sobie udowodnić, że ma talent, pisząc wciąż tę samą sto piętnastą stronę dzieła swojego życia.

Nie zmieniało to jednak faktu, ze Jack nienawidził poniedziałków najbardziej ze wszystkich innych dni w tygodniu. I nie chodziło bynajmniej o to, że w każdy musiał wysyłać do pobliskiej gazetki jakiś kretyński artykulik na temat ochrony środowiska czy czegośtamjeszcze. Nie. Jack najbardziej nienawidził poniedziałków, bo wypadało najbardziej ich nienawidzić. Jak wypadłby na spotkaniu ze swoim wydawcą, gdyby radośnie wyznał mu swą miłość do poniedziałku? No jak? Jack chętnie powiedziałby wam jak. Jak jakiś pierdolony kretyn. Jeśli nie gorzej.

- Witam, panno Salter – powiedział do młodej, dość ładnej dziewczynki w wieku około akademickim. Nawet jej pomachał. Był z siebie dumny. Jak cholera.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała. Chociaż mieszkali drzwi w drzwi niezwykle rzadko zamieniali ze sobą chociaż parę słów. Pomyślałby kto – Jack musiałby być kompletnym, zwyrodniałym dupkiem, żeby ignorować te metr pięćdziesiąt siedem czystego seksu. Cóż, może Jack nie był dupkiem, ale swoje za uszami miał. I nie znosił krótkonogiej, ale jednak blondynki, Niny Salter, z całego swojego niby-serca.

Z ulgą władował się do swojej czarnej Lancii. Zrobił to wyjątkowo nieelegancko – znowu naniósł błota do samochodu, bo znowu szedł ogródkiem (dłużej i da się po drodze zapalić) i znowu nie zaparkował w garażu. Jack uważał, że ogólnie jest za mało elegancki na taki samochód, ale Edward strasznie go lubił. A czego nie robi się dla młodszego brata, prawda? Można trzymać w domu diabelnie drogi samochód i wydawać na niego resztkę pieniędzy ze spadku po rodzicach, tak samo jak można by i trzymać smoka pod łóżkiem. Gdyby brat lubił smoki, oczywiście.

Jednak zanim ostatecznie ruszył, przypomniał sobie, że nie zabrał z domu laptopa. Jak bez laptopa miałby wysłać te cholerne artykuliki? Musiał cofnąć się, narażając na kontakt z kolejną panienką z sąsiedztwa, a potem znów koślawo zapakować się do własnego samochodu i udawać, że wcale nie jest spóźniony.

Nie był. W końcu sam stanowił sobie prawo. Gdyby chciał, mógłby otwierać nawet w nocy. Gościom by to nie przeszkadzało. Nocą był tam ten… klimat.

Jeszcze raz spojrzał w przednie lusterko – mógłby się w końcu ogolić, naprawdę, wyglądał na dużo starszego niż trzydzieści lat – i ruszył w stronę swojego przeznaczenia.

To zabawne, jakimi drogami poruszał się los człowieka. Wcale nie wędrował po mitycznych ogrodach pełnych jabłek bez robaczków i innych takich. Zwykle ograniczał się do Fernwood Avenue, Hollywood Avenue, Great Road, paru rond, mostu i kilku innych uliczek w samym centrum. Z pewnością nie było to ani romantyczne, ani specjalnie wygodne. A biorąc pod uwagę poranne korki…

Gdy przyszedł, spóźniony o dobre pół godziny, przywitała go jego stara, dobra pustka.

Drzwi zaskrzypiały lekko, dając tym samym do zrozumienia, że przydałaby się im odrobina miłości i jakiegoś dobrego smaru. Dawno nikt o nic tu nie zadbał. I o ile same drzwi wiodły całkiem znośny żywot, w środku było znacznie gorzej.
Powietrze było ciężkie, jakby nikt nigdy tu nie wietrzył, jakby to wciąż była ta sama mieszanina gazów co tydzień, rok, wieczność wcześniej, jakby wcale nie zachodziła żadna wymiana ze światem zewnątrznym. Jack przyzwyczaił się już do tego, że czy pali, czy nie pali, wszędzie śmierdzi nikotyną – i było mu z tym dobrze. Trochę gorzej miały się sprawy, gdy nagle cała kawiarnia zaczynała masowo produkować dym, ale skoro i tak światła nigdy nie było tu za dużo… Wszystko dało się przeżyć. Cały dzień siedział w pomieszczeniu, gdzie wszystkie okna zakryto już dawno ciężkimi, purpurowymi firanami i było mu z tym dobrze. Zwykle nawet nie włączał lampy. No, chyba, że czytał. A do tego musiał być bezwzględnie trzeźwy.

Wczoraj w nocy – dzisiaj w nocy – nie zdążył posprzątać i wcale nie spieszyło mu się do naprawiania tego stanu. W końcu przecież za chwilę wpadnie tu Alan czy inny Rod i wszystko na nowo rozwali – po co się starać? Wystarczy pozbierać brudne naczynia, przecież da się siedzieć na połamanych krzesłach i stąpać po potłuczonym szkle.

No, z tym drugim bywało gorzej.

- Kurwa! – krzyknął, gdy poczuł nagle, że coś niesamowicie ostrego przebija się przez cienką podeszwę jego nowych butów. Jack miał wyjątkowo nieposłuszną skórę. Bardzo szybko pozwalała krwi wydostawać się do świata poza. – Który to raz w tym tygodniu?

Tak naprawdę w tym dopiero pierwszy, ale przynajmniej co trzy dni sytuacja się powtarzała – najpierw Jack usilnie ignorował fakt, że po podłodze walają się pozostałości niejednej butelki, a potem w skutek nietrwałych urazów mechanicznych postanawiał jednak posprzątać. Ciekawe tylko dlaczego zawsze brakowało mu bandaży.

Zdecydowanie nie był człowiekiem, który uczył się na błędach.

Ani swoich, ani cudzych.

Westchnął i ruszył na poszukiwania jakiejś szczotki. Miał nadzieję, że przeżyła dwa dni nieustannej zabawy. Taki mop na przykład ledwie w zeszłym tygodniu poniósł chwalebną śmierć na polu bitwy.

Ale najpierw nalał sobie ćwiarteczkę. O tak. Nie będzie tu pracował o suchym pysku.

Drzwi znów skrzypnęły, ale tym razem był to tylko wiatr. To dziwne. Wiatr rzadko kiedy był w stanie poradzić sobie z taką masą starego, ciężkiego drewna. Cóż. Cuda się zdarzają, prawda? Jeden cud dla ciebie, jeden cud dla pani w czerwonym płaszczyku, jeden dla chłopca, który chce zostać strażakiem…

- Czego? – Jack warknął profilaktycznie, ale szybko ugryzł się w język. To mogli być paparazzi. Paparazzi, cholera. Jeszcze zrobiliby mu zdjęcie z tym kieliszkiem i opublikowaliby w The Sun z podpisem: szanowany pisarz z Newcastle pije w pracy, a potem dodali, że pytany o swoje zdanie na ten temat, odwarknął: czego?. Nigdy więcej już nikt nie opublikowałby jego książki. – Znaczy… Słucham pana?

Ponowne skrzypnięcie drzwiami sugerowało obecność jakiejś istoty, ale skoro nie mówiła i nie posiadała aparatu, Jack postanowił się nią więcej nie zajmować.

A szkoda.

Bo gdyby przyjrzał się uważnie, być może miałby o czym napisać książkę swojego życia.

zero.

2 komentarzy

cześć, koty, miło mi Was widzieć w ten piękny, wietrzny dzień, gdy śnieg romantycznie topnieje, a cały świat cieszy się powrotem weekendu :)


  • RSS